„Nie mam sponsora – to chyba jest właśnie cała historia” – czego Maja Chwalińska uczy nas o budowaniu marki
Jest taki moment w marketingu, który nazywa się real time marketing. Wydarza się coś w świecie – coś nagłego, dużego, chwytającego uwagę milionów – i marka, która potrafi zareagować natychmiast, z sensem i z klasą, dostaje w prezencie falę zasięgów i uwagi, której nie kupiłaby za żadne pieniądze.
Taki moment wydarzył się w Polsce w pierwszym tygodniu czerwca 2026 roku. I w żadnej branży nie powinien przejść niezauważony – a szczególnie nie powinien w branży budowania marki osobistej.
Opowiem Ci o tym, co zagrało w historii Mai Chwalińskiej i dlaczego jest w tym lekcja, która dotyczy Ciebie.
Kwalifikantka bez hotelu i bez sponsora
Zacznijmy od faktów, bo są ważne.
Maja Chwalińska przyjechała do Paryża jako kwalifikantka ze 114 miejsca w rankingu WTA – bez rezerwacji hotelowej na cały turniej i bez jednego sponsora na koszulce. Żeby w ogóle znaleźć się w drabince głównej, musiała przebić się przez trzystopniowe eliminacje. To nie był wyjazd po chwałę. To był wyjazd, podczas którego – jak sama powiedziała po którymś z meczów – musiała zarezerwować pokój, bo nie wiedziała, jak długo zostanie.
A potem zaczęła wygrywać.
Pokonywała wielkie gwiazdy tenisa jedną po drugiej – Zheng Qinwen, Elise Mertens, Marię Sakkari, Diane Parry, Annę Kalinską, Dianę Sznajder. Tylko Sakkari zdołała urwać jej seta. Wszystkie pozostałe przegrywały do zera.
Wchodząc na mecz finałowy, wciąż była tenisistką notowaną na miejscu sto czternastym. Stała się pierwszą kwalifikantką w historii kobiecego turnieju Roland Garros, która dotarła do wielkiego finału – i drugą taką zawodniczką w całej erze Open, po Emmie Raducanu.
Finałowy mecz z Mirrą Andriejewą oglądało średnio trzy i pół miliona widzów, przy czterdziestoprocentowym udziale w rynku. To najlepszy wynik oglądalności meczu tenisowego w historii relacji Warner Bros. Discovery w Polsce.
Półfinał, który poprzedził finał, obejrzało w Eurosporcie ponad milion sześćset pięćdziesiąt tysięcy widzów – najwyższa oglądalność w historii wielkoszlemowych transmisji na tym kanale.
Polska oszalała.
Jedno zdanie, które stało się marką
Ale nie o wynikach chcę pisać. O wynikach napisały już wszystkie media w Polsce i kilkanaście za granicą.
Chcę pisać o jednym zdaniu wypowiedzianym na konferencji prasowej po półfinale.
Dziennikarz zapytał Chwalińską, dlaczego w każdym meczu gra w innym stroju. Co za tym stoi – kontrakt, strategia, historia?
Maja Chwalińska nie potrzebowała wiele czasu na odpowiedź. Najpierw się roześmiała, a potem powiedziała: „Właściwie to nie ma żadnej historii. Nie mam sponsora – więc chyba to jest właśnie cała historia.”
I sala prasowa wybuchnęła śmiechem.
I te słowa obiegły internet.
I stały się jednym z najbardziej cytowanych zdań całego turnieju.
Zastanów się przez chwilę, co się tu wydarzyło. Pytanie było potencjalnie kłopotliwe – brak sponsora to nie jest powód do dumy w świecie, gdzie zawodniczki z czołówki mają plecaki pełne kontraktów. Można było odpowiedzieć dyplomatycznie, uchylić się, zmienić temat.
Chwalińska odpowiedziała wprost. Z uśmiechem. Bez przepraszania za rzeczywistość, w której się znajdowała.
I właśnie to zdanie – bardziej niż jakikolwiek wynik – zbudowało jej markę w ciągu tych dwóch tygodni.
Autentyczność, która przyciąga sponsorów – nie odpycha
Tutaj chcę się zatrzymać na chwilę, bo to jest serce tej historii z punktu widzenia budowania marki.
Eksperci rynku sponsoringowego wprost mówili, że dla potencjalnych partnerów duże znaczenie ma jej optymizm i autentyczność oraz to, jak niespodziewanie i szybko awansowała do grona sportowców światowej elity.
Autentyczność. To słowo pojawia się w kontekście Chwalińskiej dosłownie wszędzie – w wypowiedziach marketerów, agentów sportowych, ekspertów od personal brandingu. I nie chodzi tu o to, że była autentyczna w jakiś wyreżyserowany, „strategic vulnerability” sposób. Chodzi o to, że była po prostu sobą – w przestrzeni publicznej, pod presją, kiedy cały świat się przyglądał.
Jan Peńsko, współwłaściciel agencji sportowej reprezentującej polskich olimpijczyków, powiedział wprost: „To, co Maja zrobiła w tym turnieju, to nie tylko wynik sportowy. To budowanie marki w czasie rzeczywistym. Sponsorzy dołączają do niej w trakcie turnieju, bo widzą zawodniczkę z tożsamością i historią, którą ludzie chcą śledzić.”
Zawodniczkę z tożsamością.
To zdanie warto zapamiętać.
Bo to jest dokładnie to, o czym mówię kobietom budującym marki online od lat. Nie chodzi o to, żeby mieć idealną strategię contentową, perfekcyjny feed i spójną paletę kolorów. Chodzi o to, żeby mieć tożsamość i żeby ona była widoczna w każdym punkcie kontaktu z odbiorcą. Nawet na konferencji prasowej. Nawet kiedy ktoś zadaje Ci pytanie, na które nie masz dobrej odpowiedzi.
Blizna, nie rana – lekcja dla każdej marki osobistej
Chwalińska nie weszła na Roland Garros jako ktoś bez historii. Weszła z historią, która przez wiele lat była tematem tabu.
Kilka lat wcześniej mówiła o tym w wywiadzie: „Coś, co sprawiało mi największą przyjemność, stało się źródłem cierpienia. Wiązałam tenis z presją, stresem, płaczem. Tak wyglądał praktycznie każdy mój trening.” Długo dojrzewała, żeby powiedzieć głośno: choruję na depresję.
Przed finałem mówiła: „Poddałam się wiele razy, ale wróciłam. Potrzebowałam chwili na poukładanie sobie kilku rzeczy w głowie. One nie były związane z tenisem, raczej ze mną i z tym, jak ja się czuję sama ze sobą.”
Nie miała pieniędzy. Podczas turniejów, zamiast w hotelach, spała u życzliwych, obcych ludzi. Na pewien czas zawiesiła karierę. Jej tata, elektryk z kopalni, mógł z nią jeździć dopiero po przejściu na emeryturę.
To jest właśnie to, o czym piszę w mojej nowej książce „Potęga autentyczności”. O różnicy między blizną a raną.
Rana to coś, co ciągle krwawi – o czym mówimy, bo nie wiemy jeszcze, jak o tym nie mówić. Blizna to coś, przez co już przeszłyśmy – i co nosimy ze spokojem, bo jest częścią nas, ale już nas nie definiuje bólem.
Chwalińska weszła na kort z blizną. Nie z raną. Mówiła o depresji, o trudnych latach, o braku pieniędzy – spokojnie, szczerze, bez dramatyzowania i bez ukrywania. I właśnie to sprawiło, że Polska pokochała ją tak gwałtownie. Nie wygrała tytułu. Wygrała serca – dlatego, że nie udawała kogoś, kim nie jest.
Co RTM-owa historia Chwalińskiej mówi o Twojej marce
Real time marketing działa tylko wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia. Kiedy masz tożsamość, do której możesz się odnieść. Kiedy patrzysz na historię ze świata i widzisz w niej własne przesłanie, bo to przesłanie jest na tyle wyraźne, że gdziekolwiek spojrzysz, coś Ci o nim przypomina.
Historia Chwalińskiej mówi mi kilka rzeczy naraz:
Autentyczność nie wyklucza profesjonalizmu. Chwalińska nie była roztrzęsiona ani niezdyscyplinowana. Była precyzyjna na korcie i szczera poza nim. To jest właśnie to połączenie, które buduje zaufanie.
Brak zasobów nie jest dyskwalifikacją. Weszła bez sponsora, bez hotelu, bez gwarancji, że jutro będzie grać. I właśnie ta historia – nie mimo tego, ale przez to – stała się magnetyczna.
Historia wyprzedza strategię. Żaden brand manager nie wymyśliłby kampanii, która zrobiłaby dla Chwalińskiej to, co zrobiła jej własna, prawdziwa historia. Żadna agencja nie napisałaby lepszego skryptu niż życie.
Jedno zdanie powiedziane z uśmiechem może zbudować markę szybciej niż rok contentu. „Nie mam sponsora – to chyba jest właśnie cała historia.” Proste, szczere, nieoczekiwane. Zapamiętane przez miliony.

Twoja historia też jest gotowa – pytanie, czy jej nie ukrywasz
Kiedy patrzę na kobiety, z którymi pracuję, widzę ten sam mechanizm co u Chwalińskiej przed Paryżem – tylko w odwrotną stronę.
One mają historię. Naprawdę ją mają – trudną, nieoczywistą, pełną momentów, z których nie są dumne. Ale chowają ją. Czekają, aż będą miały lepsze wyniki, większe liczby, bardziej imponujące portfolio. Wtedy, myślą, będzie czas na szczerość.
Tymczasem to szczerość buduje wyniki. Nie odwrotnie.
Chwalińska nie czekała na tytuł, żeby powiedzieć o depresji. Nie czekała na sponsora, żeby się roześmiać na pytanie o strój. Mówiła prawdę na każdym etapie – i właśnie to sprawiło, że kiedy tytuł prawie nadszedł, Polska była już po jej stronie.
W swojej książce „Potęga autentyczności” piszę o tym mechanizmie bardzo szczegółowo. O tym, jak odróżnić blizny od ran. O tym, jak mówić o trudnych momentach w sposób, który buduje – nie niszczy. O tym, dlaczego kobiety z najbardziej nieidealną historią często budują najsilniejsze marki.
Bo nie chodzi o to, żeby mieć historię bez skaz.
Chodzi o to, żeby mieć odwagę, żeby ją opowiedzieć.
→ Chcę wiedzieć o książce „Potęgi autentyczności” – kliknij tutaj
Zdjęcie Mai Chwalińskiej – Onet.pl






